?PEDAGOGIZACJA”?

Na co to komu? Jeszcze nikt na kursach czy pogadankach nie nauczył się wychowywać. Taki pogląd jest wśród rodzi­ców niemal powszechny. Kto z nas chodzi na ?uniwersytety dla rodziców”, na referaty i odczyty? Prawie nikt. Chyba że urządza je szkoła, przemyślnie wiążąc tę akcję z wywia­dówkami, na które i tak przyjść trzeba. Wtedy słuchamy, swoje myśląc i swoje potem robiąc, w poczuciu, że nikt lepiej od nas samych wiedzieć nie może, co robić należy.

A jednak?jak to jest naprawdę z tą naszą rodzicielską pewnością siebie? Czy rzeczywiście jest taka niezachwiana? Znamy przecież niepewność, jaka ogarnia po zastosowaniu tych czy innych ?posunięć pedagogicznych”; znamy niepo­kój, z jakim patrzymy, że nasze dzieci zaczynają być inne, niż się spodziewaliśmy. Każdy z nas przeżył przynajmniej raz zaskoczenie wywołane cudzą interwencją, rozbijającą nasz spokój i zadowolenie z dzieci, nasze przekonanie, że wszys­tko jest tak, jak być powinno. I każdy z nas chyba zna doświadczenie najtrudniejsze: wybuchające nagle pretensje naszych synów czy córek pod naszym, rodziców, adresem ? pretensje niesprawiedliwe, dziwne, zaskakujące. Skąd się im wzięły? Wtedy zaczynamy gorączkowo szukać pomocy. W odruchu zdrowego instynktu odrzucając ?pedagogizację”, równocześnie gotowi jesteśmy godzinami rozmawiać o własnym dziecku, jeżeli tylko świta perspektywa jakiejś rady, jakiegoś wyjścia. Rady i wyjścia w tym naszym, konkretnym wypadku. Bo my, rodzice, jesteśmy bardzo konkretni. Obchodzi nas tylko nasze własne dziecko i tylko nasza własna sytuacja rodzinna. To, za co odpowiadamy, co stanowi kawałek naszego osobistego życia. Nie interesuje nas problem. Rozważania ogólne chwytają o tyle, o ile znajdujemy w nich coś z prawdy własnej, coś na użytek osobisty. I tak jest chyba dobrze. Nie chodzi przecież o to, by swoje zadanie życiowe przeteoretyzować. Chodzi o to, by się z niego wywiązać.

Tylko że ta konkretność jest i naszą największą słabością. Wciągnięci w obowiązki rodzinne, rozmieniamy je bez reszty na szereg zadań szczegółowych. Odchować, wypielęgnować, wykarmić. Wyprowadzić z grypy, z anemii, z alergii. Nau­czyć porządku, nauczyć czytania, nauczyć języka. Załatwić sprawę przedszkola, kolonii, zapisu do szkoły, uporać się z groźbą niedostatecznego, z egzaminem do liceum, z organi­zacją dożywiania. Pojedyncze sprawy, każda kończąca się na sobie, a jest ich coraz więcej i jedna goni drugą. Nasze rodzicielstwo coraz bardziej wyczerpuje się w ich załatwia­niu. Potem mówimy dziecku tak, jak myślimy: tyle dla ciebie robię. Tracimy umiejętność szerokiego spojrzenia, wolnego od doraźnych napięć. Coraz mniej możności przeżywania wielkiej sprawy: rodzice ? dzieci, rodzina, w jej wartości, atmosferze, w samym jej istnieniu. Coraz mniej zamyślenia. A może właśnie ono pomogłoby rozwiązać konkretne, praktyczne zadania lepiej, niż gorączkowe poszukiwania doraźnej pomocy?

?Pedagogizacja” jest oczywistą pomyłką. Ale na pewno nie jest pomyłką rosnąca potrzeba wspólnej, odpowiedzial­nej, niedoktrynerskiej refleksji nad rodziną i wychowaniem.