Cl INNI

Są wśród nas, obarczeni tym samym zadaniem życiowym: tylko, w przeciwieństwie do nas wszystkich, ciężarowi temu nie towarzyszy swoboda i duma. Mają więcej pracy, więcej trosk, więcej niepokoju niż inni rodzice, a w nagrodę za to nigdy nie przeżywają satysfakcji znanych tamtym: satysfak­cji z sukcesów, chętnie uznawanych przez otoczenie. Nie rozmawiają o dzieciach, chyba we własnym gronie?w gronie ludzi dotkniętych wspólnym losem. A kiedy w gaze­tach ukazują się okolicznościowe artykuły o końcu roku szkolnego, o Dniu Dziecka, o następnej spartakiadzie szkolnej, na próżno szukają tam wzmianki o tych grupach i środowiskach, w których uczestniczy ich dziecko. Bo są to ?jeśli w ogóle są ? najwyżej marginesy, na które społecz­nej uwagi zwracać się nie zwykło.

Z nich wszystkich rekrutują się najzagorzalsi pracownicy społeczni, organizatorzy nowych form opieki i kształcenia, inspiratorzy akcji zapobiegawczych, ratowniczych, rehabili­tacyjnych. Zaczyna się to najczęściej od własnego dziecka: tak straszliwie i niewytłumaczalnie skrzywdzonego przez los czy wypadek ? zaczyna się od starań, żeby jemu zabezpie­czyć miejsce w życiu, żeby nie przekreślić jego praw do rozwoju, do była pożytecznym, potrzebnym, szczęśliwym, jeśli można. A potem znajduje się sprzymierzeńców wśród ludzi podobnie dotkniętych i zaczyna się widzieć problem w skali makro. Tak ? w oparciu o ludzi dobrych i mądrych, o prawdziwych fachowców i administratorów ? powstają akcje Towarzystwa do Walki z Kalectwem, ośrodki rehabili­tacyjne, szkoły życia.

Jest do czego odwołać się w ustawach, jest się na co powoływać w koncepcji społeczeństwa nowoczesnego. Go­rzej z praktyką. Działa tu nieubłagane prawo mechanicz­nych zaklasyfikowań. W najlepszym razie nawet ? cała ta dziedzina opieki i kształcenia dzieci dotkniętych przez los: dzieci kalekich, dzieci opóźnionych w rozwoju ? pozostaje dziedziną drugoplanową, bo nie sposób tu oczekiwać wyni­ków sensacyjnych, bo nie będzie tu czym zaimponować. Szkolnictwo specjalne, rehabilitacja, do olśniewających sta­tystyk i sprawozdań nie bardzo się nadaje. Niedawno czytałam w jednym z dzienników, jak to w pewnym okręgu władze sportowe udostępniły nagle baseny pływackie dla młodzieży inwalidzkiej. Zapanowała radość ? pływanie jest, jak wiadomo, sportem dostępnym nawet przy bardzo wyso­kim stopniu kalectwa, przy porażeniach, o upośledzeniu umysłowym nie mówiąc. Niestety, okazało się, że chodziło tylko o wyłowienie talentów sportowych do zawodów pływackich inwalidów: istnieje ruch sportowy inwalidów, rzecz piękna sama w sobie, ale nie wtedy, gdy i tu dokonuje się bezwzględnych przesiewów i selekcji, gdy dzieli się ludzi na przydatnych i nieprzydatnych. Dla tej reszty baseny bardzo szybko zamknięto.

A tymczasem wraz ze wzrostem liczby dzieci w jakiś sposób dotkniętych w rozwoju wzrastać muszą i potrzeby, i zróżnicowanie działań. Już nie wystarczy dotychczasowy margines, poza który niefachowiec nie bardzo ma zwyczaj zaglądać. Ludzie obeznani z problemem wiedzą doskonale, że szkolnictwo specjalne musi mieć swoje stopnie, zależnie od stanu zahamowania umysłowego podopiecznych; wysu­wają potrzebę rozdzielania grup dzieci specjalnej troski i różnicowania form opieki nad nimi. To wymaga nowych decyzji, nowego spojrzenia na problem.

Rosną postulaty liczebne: tam gdzie wystarczało parę oddziałów w przedszkolu normalnym, trzeba już może całego osobnego przedszkola; tam gdzie istniały dotacje, trzeba będzie może podnieść stawkę kilkakrotnie; jeśli argumentem usprawiedliwiającym odmowę nowej inwesty­cji jest brak sił fachowych, trzeba może zacząć szerzej mówić o społecznej potrzebie kształcenia takich sił, trzeba może popularyzować pedagogikę specjalną bardziej niż dotąd. Trzeba przełamać schematy podziałów priorytetowych w najdrażliwszym zakresie: w sprawach lokalowych; szkolnict­wo specjalne winno doczekać się rangi dużo wyższej niż obecna, powinno uczestniczyć w puli lokalowej dla Oświaty na zasadzie równego partnera. Ludzie, którzy przychodzą z tymi wszystkimi sprawami do tzw. czynników, nie są może najświetniejszymi kontrahentami: porażeni nieszczęściem, zaangażowani w nieszczęście, nie są w stanie obiecać żad­nych laurów za poparcie spraw, których są rzecznikami. Są tylko głosem wołającym o sprawiedliwość ? akurat tę, o której w marszu do sukcesu zapomina się tak łatwo i nieznacznie. Jesteśmy im winni, wraz z poparciem, wdzięcz­ność, że są, że odrabiają najtrudniejsze obowiązki ? za siebie i za nas.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.