DAWNA CZY NOWA?

Muszę się przyznać: nie bardzo mogę już czytać to, co o rodzinie piszą socjologowie i psychologowie. Może to pewien przesyt tematem, ale chyba również i obawa, że wśród tych wszystkich ustaleń,cech typowych i wykreślania prawidłowości pomału niszczeje życie, jak tkanka liścia roztarta między palcami. Wykształcanie się modelu rodziny współczesnej? Pięknie, ale gdy zgodzimy się na zespół cech niewątpliwych, co mają robić rodziny żywe: dopasowywać się do zakreślonych ram, czy spokojnie funkcjonować tak jak są? I którą uznać za typową: tamtą rodzinę z czworgiem dzieci wychowywanych przez nie pracującą zawodowo matkę, czy tę dwojga młodych naukowców,’ gdzie dom prowadzi i wychowuje dziecko energiczna teściowa, zdejmu­jąc z ambitnego małżeństwa całą prozę starań o dom? I co właściwie wyniknie pożytecznego, jeśli na to pytanie tak czy inaczej odpowiemy? Tak samo z wychowaniem: dobrze jest znać wiele prawideł rządzących psychiką dziecka, i wiele zależności między naszym postępowaniem a trudnościami wychowawczymi. Ale odwracać sprawę, wciąż upatrywać w zaistniałych trudnościach skutku dawnych błędów, wciąż oskarżać siebie i innych za to, co kiedyś powinno było być inaczej?zamiast po prostu starać się żyć rzetelnie i odważ­nie, razem z dziećmi, razem z całym domem, nie przerażając się i nie tracąc nadziei?

Dlatego tak krzepiąca jest lektura pamiętników: to jak cudze zwierzenia, jak kontakt z autentycznym życiem, nie zaplanowanym według jakichkolwiek modeli, nie kreślonym z ambicją wzorca, tylko właśnie po prostu podejmowanym bez blagi. Nic się tam nie mieści w żadnym schemacie, i to właśnie jest najbardziej optymistyczne.

Wznowiono pamiętnik Anny z Działyńskich Potockiej (1846?1926). Świetna lektura. Nie tylko dla rodziców oczywiście. Jest to kawał kroniki obyczajowej i historycznej, bo autorka, córka Tytusa Działyńskiego z Kórnika, a z mę­żem właścicielka Rymanowa, skoligacona wysoko i szeroko, była osobowością nie na przeciętną miarę nawet w swojej sferze. Jej poglądy religijne, jej poczucie patriotyczne, rodzaj jej działalności społecznej i kryteria, w jakich ją sama ocenia, jeszcze dzisiaj budzą zdumienie swoim rozmachem i samo­dzielnością, a wówczas były źródłem niejednej kontrowersji i niejednego sporu z otoczeniem. Wspomnienia Potockiej co chwila rozszerzają się na dzieje rodziny albo na szeroki zakres spraw ówczesnej Galicji, w których oboje z mężem tkwili. Ale tak czy owak, jest to pamiętnik napisany z myślą o dzieciach i dla dzieci, i pozostaje przede wszystkim kroniką rodzinną, którą czyta się lepiej niż powieść obyczajową, z mieszanymi uczuciami: odległości epok ? i ogromnej ich zbieżności.

Zwolennik tropienia cech ?rodziny dawnej” mógłby tutaj czerpać pełną garścią. Oto młoda mężatka dostaje od teściowej pierścionek. Wiesz ? mówi do męża ? to wróżba, ile dzieci mieć będziemy. Czy tyle co diamentów, czy tyle co szafirów? Jednych w pierścionku jest 9, drugich 21. ?No i sprawdziło się ? pisze pogodnie Potocka ? dzieci było dziewięcioro, tyle co diamentów”. Wszystkie kochane głębo­ko, z zachwytem, może z egzaltacją, ale i z męstwem niebywałym ? trudno obojętnie czytać karty o śmierci dwóch kolejno małych synków, o samobójstwie jednego ze starszych ? wszystkie przyjmowane jako dar, dla którego nigdy za mało wysiłku i poświęcenia. Źle przygotowana do obowiązków rodzinnych, nie mająca pojęcia o pielęgnacji niemowląt, o higienie, o eugenice, Potocka wraz z mężem decyduje się po ślubie zamieszkać w zupełnie zrujnowanym dworze, pełnym wilgoci i zgnilizny, którego do głowy im nie przyjdzie zwalić, bo budował go jeszcze Jan Sobieski. Toteż czeka ją długoletnie ratowanie dzieci z kolejnych śmiertel­nych chorób, wreszcie typowa na owe czasy groźba gruźlicy, przed którą trzeba ratować się wojażami na południe. Ale to wszystko jest oczywiste, a życie wśród tych trosk i wysiłków (?… jak się do niego dziesięć razy w nocy wstało, to się uważało za wyborną noc” ?pisze Potocka o najstarszym synu) traktowane jako pełne, bogate, zasługujące na wdzię­czność Bogu. W jej pedagogice rodzinnej jest napięta troskliwość, baczna i czujna, jest świadoma obrona przed ?złymi wpływami”: szczegółowo pisze o wybiegach, jakich używała, by odciągnąć dorastających synów od spędzania czasu w uzdrowisku rymanowskim; przyznaje, że zakreśliła karty, których jej dorastające córki nie powinny czytać?ale dodaje ? ?byłam najzupełniej pewna, że ich nie otworzą”.

Uderza, jak bardzo Anna Potocka postanowiła wobec swoich dzieci nie powtarzać błędów własnego dzieciństwa. Sama przeżyła całą gehennę marnego i nieudolnego kierow­nictwa pedagogiczengo: jej nauczycielki jakby uwzięły się, by uczyć ją tylko rzeczy nudnych i niepotrzebnych. Stąd potem taka baczność na wpływ, jakiemu podlegać mogą jej dzieci. Opisuje np., jak synowie jej przywieźli ze sobą na święta kolegę. Nie znaliśmy go ? pisze ? więc tak ułożyliś­my swoje zajęcia z mężem, aby nigdy nie być dalej niż w drugim pokoju. No i dowiedzieli się, owszem, o fatalnych warunkach na stancji lwowskiej, o nauczycielu-sadyście. Mogli zadziałać.

Nie sposób wyliczać to wszystko, co w rodzinnej kronice Anny Potockiej uderza nas swoją innością. Ale oto zaczyna­my raptem odnajdywać coś, co jest nam dziwnie bliskie: jest to przede wszystkim zrozumienie małżeństwa. Wszystko tu nie pasuje do obrazu stworzonego przez socjologów, gdzie czytamy o partiarchalizmie, o wyrozumowanym stosunku do małżeństwa, o podporządkowaniu kobiety. Mój Boże, czy można wyobrazić sobie lepsze partnerstwo (co podobno jest naszym dopiero wynalazkiem) niż tych dwojga, gdzie wspólny jest i trud dla dzieci, łącznie ze wstawaniem w nocy, i przejęcie się dziećmi, i wszystkie sprawy związane z pracą w majątku, z gospodarowaniem i akcjami społecznymi wśród ludności rusińskiej (m. in. założenie szkółki snycers­kiej); gdzie wciąż wymiana w podejmowaniu obowiązków, tak by uszanować spokój drugiego, jego zdrowie, jego ambicje, jego potrzebę satysfakcji. Potocka tak ogromnie wiele wie o swoim mężu jako o człowieku, o jego najdrobniej­szych upodobaniach i prawidłach jego psychiki, a równocze­śnie tak świadomie reżyseruje atmosferę domu w chwilach trudnych (opowiada np., jak starała się nie powrócić do domu po nieudanym załatwieniu interesów bankowych, aż póki nie uspokoiła się tak, by chory mąż niczego się nie domyślił) ? ta wiedza i umiejętność najlepiej świadczy o u- czuciu dojrzałym, głębokim, dalekim od wszelkich rozumo­wań i kalkulacji. I jest to w dodatku postawa nabywana powoli, w dojrzewaniu wewnętrznym ? sama przecież przy­znaje, ile początkowych nieporozumień i rozczarowań pły­nęło z braku tych umiejętności. Wydaje się, że przetłumaczo­ne na inny trochę język, na inną sytuację społeczną, te jej doświadczenia po dziś dzień nie straciły na aktualności, że odnajdujemy je np. na kartach najlepszej chyba książki o małżeństwie, Kontaktu psychicznego Elżbiety Sujak.

A zatem ? rodzina dawna czy nowa? Anachroniczna czy współczesna? A może po prostu rodzina dobra, jakiej życzymy sami dla siebie, tkwiąc w życiu tak bardzo innym, inaczej łatwym i inaczej skomplikowanym?

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.