MIARA NIEPEŁNA

Pomiędzy dwiema grupami: rodziców idealnych, cieszących się w niezmąconym spokoju wynikami swoich zabiegów i szczęśliwego splotu wydarzeń, składających się razem na sukces ich dziecka?i rodziców tak bardzo zadowolonych z siebie i tak nic nie wymagających od dzieci, że każde ich zachowanie aprobują i nigdy nie przeżywają żadnych roz­czarowań? istnieje grupa rodziców zwyczajnych, pełnych dobrej woli, ale którym się nie powiodło. To są ludzie, których czuję się najbliższa, z którymi się solidaryzuję.

Po latach trudów, niepokojów, ustawicznych wysiłków i zabiegów, po latach oddanych dzieciom przychodzi czasem stwierdzić: że oto będzie jednak gorzej, niż się spodziewaliś­my.

Dziecko okazuje się mniej zdolne niż się zapowiadało; potyka się na progach niepowodzeń nie zawinionych, i upad­ki pozostawiają ślad nie do usunięcia; zaplątuje się w tragicz­ne sytuacje uczuciowe, czasem ze swoją winą, czasem bez niej; podlega nagle chorobie, która przekreśla wszystkie tak pięknie wytyczone perspektywy; odchodzi od nas uczucio­wo, ideowo, światopoglądowo, w postawach życiowych, mimo że zdawało się nam, iż staramy się dać mu to wszystko, co w nas było najlepszą wiarą i najjaśniejszym przekonaniem ?czyjś inny wpływ okazuje się silniejszy.

Patrząc z zewnątrz na tego rodzaju kryzysy, wydaje się, że stosunkowo łatwo znaleźć przyczyny i winnych: błędy wychowawcze, zaniedbania wychowawcze ? dominująca postawa rodziców, za małe wymagania, niewłaściwie wybra­ny kierunek nauki, nie podjęta w porę decyzja. Atmosfera domu, postawa rodzicielska, czas poświęcony dzieciom, zakres samodzielności. Jak łatwo można mnożyć te diagno­zy. Psychologowie poklasyfikują wszystko, a nie zaangażo­wani wychowawcy osądzą. Zwłaszcza rodzice dzieci uda­nych, którzy sami cieszą się sukcesem ? najbardziej bezlitośni sędziowie.

Dziękując Bogu za powodzenie dziecka, które i ładne, i dobre, i z ludźmi żyć umie, i na studia się dostało, i zainteresowania ma poważne, warto i trzeba podziękować także za splot okoliczności, które w dużej mierze przyczyniły się do naszej dumy i naszej satysfakcji. Ze zdrowie dopisało dziecku i nam, i życie przebiegało pogodniej niż wielu innym, współtworząc tę atmosferę, w której najlepiej rozkwita zdrowie psychiczne. Że miał kto nas wyręczyć w niejednym trudzie, i dzięki temu nie byliśmy zmęczeni do nieprzytom­ności, gdy dziecko nas potrzebowało, gdy chciało naszego czasu i naszej obecności. Że znaleźliśmy się w środowisku, gdzie łatwiej o szkołę dobrą, pedagogów mądrych, otoczenie niebanalne, interesujące, że trafiliśmy na wyjątkowego kate­chetę, nauczyciela-mędrca, instruktora z klubu czy harcerst­wa, który potrafił być przyjacielem i autorytetem. Że dziecko udane, łatwe, wdzięczne, że nie popsuł go zły wpływ, krzywdy doznane niesprawiedliwie, rozczarowania nie- wcześnie przeżyte, bezsensowne musy, w które nie było komu wprowadzić go umiejętnie, bez szkody. Obok naszej pracy, naszego trudu i naszej miłości, to wszystko mogło składać się na to, co dzisiaj nazywamy sukcesem, i z czego gotowiśmy się pysznić przed innymi, jako z naszej najzupeł­niej oczywistej zasługi.

Bo równie łatwo mogło być inaczej: dziecko mniej mogło dostać od życia, a my mogliśmy mieć mniej umiejętności i szczęścia w naszym borykaniu się rodzinnym. Nawet zdając sobie sprawę z własnych braków charakteru, z usposobienia, które nie najlepiej na dom wpływa, z popełnionych zanied­bań, nie mogliśmy byli przeskoczyć siebie, przerosnąć własny wzrost, wziąć większą od siebie miarę. I nie mogliśmy byli odrobić tego, co zrobiło się wcześniej, chociaż ponie­wczasie zdaliśmy sobie sprawę, że lepiej było inaczej. A bardzo często, dawszy z siebie wszystko, co wydawało nam się najlepszym, musimy patrzeć na to, jak rezultaty są niewspółmierne do wysiłków, albo jak nasz dar zostaje nie przyjęty ? przynajmniej na razie. I wtedy, gdy inni już dawno cieszą się owocami, dorodny mi i podziwianymi przez innych, nam pozostaje wciąż jeszcze tylko nadzieja i oczeki­wanie, czasem na przekór faktom. Ale inaczej ? jak mogli­byśmy żyć w ogóle?

W wigilijny wieczór, na .całym świecie jednakowo rodzin­ny, tam gdzie najweselej i najszumniej, i tam gdzie samotnie i ciemno, jestem myślą przy rodzicach, którzy się martwią i niepokoją, i przeżywają zawód ? choć włożyli w swoje życie rodzinne nie mniej dobrej woli i trudu niż tamci, pogodni i promieniejący sukcesem. Przy rodzicach opusz­czonych, i przy takich, którzy muszą własnym dzieciom towarzyszyć w niepowodzeniach albo zagrożeniach, zawi­nionych i nie zawinionych, a*zawsze tak samo bolesnych. Nadzieja żłobka i stajenki jest im potrzebna jeszcze bardziej niż tym, którzy zostali obdarowani pomyślnym rezultatem. Upominając się o rodzinę dobrą i o dobre wychowanie w rodzinie, nie możemy zamienić się w czcicieli sukcesu, odrzucając poza krąg zainteresowań wszystkich, którym żyje się trudniej i którzy muszą się zadowolić mniejszą miarą.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.